Urodzona w 1976 roku. Miłością do książek zaraziła ją i jej troje rodzeństwa – babcia, czytająca książki nawet przy świetle świec, gdy w czasach PRL-u były przerwy w dostawie prądu. Czytać nauczyła siostra nauczycielka, na długo przed rozpoczęciem oficjalnej edukacji. Gdy w małej, wiejskiej szkole skończyły się książki w bibliotece, jeździła do tej większej, gminnej. Głód czytania odczuwała od zawsze – chciała być jak Pollyanna i jak przemierzający świat Tomek Wilmowski. Tomkiem w spódnicy stała się w 2004 roku, gdy wstąpienie Polski do UE otworzyło jej możliwości podróżowania. Nie studiowała ukochanej przez siebie antropologii, ale antropologiem kultury jest z zamiłowania. Laureatka nagrody „Uważny Czytelnik”.
W Polsce grafik komputerowy, w Szkocji pracownik departamentu kultury – pracuje w muzeum i galerii sztuki w Perth.

Aut. Adam Siemieńczyk

Każdy uwielbia czytać książki, ale nie wszyscy o tym wiedzą.

Jeżeli w domu czytano i wychowywano dzieci w miłości do literatury, to prawdopodobieństwo, że ta miłość w nich zostanie, jest większe. Jeżeli zmuszano je  do lektur szkolnych, a tego żaru w sobie nie miały, nie ukształtowano go w ich, książka nie jest atrakcyjnym przedłużeniem ani towarzyszem ich życia, więc zarówno naturalna potrzeba i wpływ otoczenia ma ogromne znaczenie. Komuś, kto nie czyta książek nie można dawać literatury, która nie wciąga od pierwszych stron. On musi dostać coś lekkostrawnego, coś wciągającego od pierwszych stron i wyrobić sobie nawyk czytania. Każdy, w każdym wieku może pokochać czytanie, uruchomić ten pstryczek w głowie, uruchomić wyobraźnię, wykreować swój własny obraz i zapragnąć więcej – ale musi to być coś, co naprawdę zainteresuje. Znam kogoś, kto pierwszą książkę przeczytał w wieku 38 lat, mozolnie, ale pokrywała się całkowicie z jego zainteresowaniami i teraz czyta z zapałem, drwiąc z siebie, jak mogła go ta przyjemność omijać tyle lat. Astrid Lindgren powiedziała (i zgadzam się z nią): „bo jeśli raz przywykliśmy do tego, aby radość i pociechę czerpać z książek, to już się bez nich nie potrafimy obejść”.

 

Lubisz czytać, odbywasz również podróże, by poznać autora. Co odkrywasz po osobistym poznaniu twórcy?

Podróżowałam wielokrotnie śladami twórców już nieżyjących, lubiłam wiedzieć, gdzie tworzyli, jadali, mieszkali; w której szmaragdowej zatoczce narzeczona rzucała ze skały kąpiącemu sie Lawrence’owi Durrelowi wiśnie wprost do ust. Przemierzając niekończącą się ulicę Corrientes w Buenos Aires by odkryć, że dom w którym mieszkał Witold Gombrowicz, już nie istnieje. To doświadczenie wręcz mistyczne, podróż w przeszłość (tak, to zdecydowanie podróż w czasie i nawiązanie bliższej więzi z autorem, dopełnienie). Gdy teraz mam możliwość uczestniczyć w spotkaniu autorskim osobiście lub chociażby pół-osobiście w spotkaniu online, przeżywam niesamowite emocje. Mogę zadawać pytania, a moi bogowie opuszczają panteon i odpowiadają na nie, haha. Jestem po drugiej stronie lustra, mogę poznać tło i okoliczności powstawania książki. Zwykle lubię autora jeszcze bardziej, a nierzadko czytam określone książki ponownie, żeby zrozumieć je w kontekście tego, co wyniosłam ze

spotkania.

 

Emigracja. Zmiana języka, zmiana kultury. Czy mogłabyś już nigdy więcej nie posługiwać się językiem polskim?

To byłaby okrutna kara, haha. Zdecydowanie nie mogłabym, uprawiam kompulsywne tsundoku – kolekcjonuję książki na potem, bo kupuję szybciej niż czytam, haha. Uwielbiam moją kolekcję reportaży o każdym kraju – wydawnictwo Czarne ma bogatą ofertę. Kupuję książki nowe i szperam w antykwariatach. Muszą być papierowe. Ebooki raczej na podróż, z uwagi na limit bagażu. Każda podróż do Polski kończy się sporym zapasem na zimę, na potem, na emeryturę. Muszą być polskie, bo w tym języku myślę i wyobrażam sobie tło lektury. Większość książek w języku angielskim to oryginały tego, co już znam po polsku – czytam je jednocześnie i uczę się w ten sposób angielskiego lub analizuję niuanse językowe. Język polski zawsze będzie dla mnie ważny.

 

Pamiętam, jak przysłałaś mi swoją opinię na temat publikacji „Nasze koty umierają po drodze”, gdzie pisałem o wierszach Marty Brassart. Jak to jest czytać coś jeszcze przed publikacją?

Na pewno doceniam tę możliwość i przepełnia mnie radość, gdy dostępuję takiego przywileju. Przemierzanie nowego obszaru lądu, bycie pionierem na kartach jeszcze przez nikogo niedotykanych wzrokiem, to pewna forma podróży, a ja zawsze wszak chciałam być antropologiem, haha. Jednakże, nie jestem twórcą, a jedynie drżącą czytelniczką, więc czuję również niepokój, czy powierzone zaufanie i zadanie będę w stanie należycie wykonać. Mam silną potrzebę odpowiedzialności za wszystko, co robię, w związku z tym traktuję wszystko bardzo poważnie.

 

Jakie masz obecnie plany?

Bardzo trudne pytanie wbrew pozorom, 2 lata temu odpowiedziałabym bez zastanowienia – podróżowanie, wzbogacanie siebie poprzez poznawanie innego, uczenie się łagodności i uważności. W czasie pandemii moje plany to przetrwanie trudności, zachowanie optymizmu, pielęgnowanie wartości. Czytanie i zaznawanie poprzez to wolności, bo gdy czytam, to mogę być w dowolnym miejscu, to ja o wszystkim decyduję – otwieram i zamykam bramy. Chciałabym dokończyć kurs kintsugi – japońskiej sztuki naprawiania naczyń złotem – naprawianie mnie cieszy i wycisza umysł. Kintsugi to również koncepcja filozoficzna, sztuka akceptowania niedoskonałości. Zachęca, żeby reperować zniszczone przedmioty zamiast je wyrzucać. Blizny mogą być piękne, mogą być naszym atutem, złotymi nićmi na pęknięciach – wszystko zależy od nas.

 

 

Dariusz A. Zeller

Źródło – Cooltura24

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on pinterest
Pinterest
Share on linkedin
LinkedIn

Skontaktuj się

0%